O autorze
Amerykanistka, feministka, publicystka i naukowczyni. Pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW, gdzie prowadzi zajęcia o literaturze, historii kobiet i filmie. Członkini zespołu Krytyki Politycznej i Rady Kongresu Kobiet. Książki jej autorstwa to: Świat bez kobiet (2001); Rykoszetem (2008); Magma (2011) i Matka Feministka(2014). Ta ostatnia dotyczy rodzicielstwa i równości płci.
Wkrótce ukaże się wywiad rzeka z Agnieszką Graff pt. Jestem stąd

Do poduszki, czyli co i po co czytać dzieciom

Do poduszki, czyli co czytać dzieciom.
Do poduszki, czyli co czytać dzieciom. Fot. Barney Moss / http://bit.ly/1y8CYYg / CC BY / http://bit.ly/mamadu
Mówiąc górnolotnie, tu chodzi o naszą duszę. Kultura to nie tylko ‘kapitał’. Czytanie dziecku do poduszki to nie tylko ‘inwestycja w lepszy start’. Warto mówić i myśleć o tych sprawach inaczej, uparcie przywołując wartości inne niż rynkowe.

- (...) Czy pani wie, że u nas tylko 10 proc. ludzi czyta książki? Dlaczego Niemcy, Francuzi czytają, u my nie?
- Bo tam się czyta dzieciom do poduszki.
- Musi być jakiś ruch, jakieś żądanie, żeby czytać dzieciom. Okazuje się, że są ludzie, którzy nigdy nie wychodzą poza krąg swoich codziennych spraw. One ich absorbują kompletnie, a nie wierzę w to, że w nich nie ma jeszcze wolnego miejsca na coś więcej. (z wywiadu Justyny Dąbrowskiej z Julią Hartwig)



Niby to banał, że warto dzieciom czytać i że większość ludzi tego nie robi, a jednak sprawa warta jest zastanowienia. Nie chodzi tylko o to, jak długo i jak często czytasz dziecku, oraz jakie warto wybrać książki (o tym będzie na końcu). Chodzi też o sens tego czytania. Po co właściwie to robimy? Często słyszę, że po to, by dać dziecku lepszy start, wyrobić „kompetencje”, które pozwolą mu osiągnąć życiowy sukces. Językowe – bo wzrośnie zasób słów. Szkolne – bo wyćwiczy umiejętność skupienia uwagi itp. W wyścigu szczurów lepszy start mają ci, którym od małego czytano, od tych, którzy tkwili przed telewizorem. Krótko mówiąc, czytanie dziecku to inwestycja, która się opłaca.

Ta argumentacja działa. Owa „opłacalność” to istotny powód, dla którego dziś tak wiele osób z klasy średniej czyta dzieciom do poduszki. Cóż, trochę głupio, że ten styl argumentacji nie trafi do ludzi, którzy nie mają nadziei na „sukces”, czyli awans społeczny. A przecież często mają czas i dostęp do biblioteki. Mogliby dziecku poczytać. Jeśli nie czytają to dlatego, że uważają czytanie za coś, co nie jest da nich. Coś „rynkowego”- a oni sobie na tym rynku nie radzą.

Cóż, promotorzy czytelnictwa nie zaprzątają sobie tym głowy. Ich adresat to klasa średnia – całkiem spora grupa społeczna, znacznie więcej niż owe 10%. Popieram te kampanie. W sumie to dobrze dla kultury i czytelnictwa, żeby ci, którzy aspirują, czytali dzieciom do poduszki. Dla dzieci też dobrze. Mogliby nie czytać. Wszak często harują po kilkanaście godzin dziennie, a wieczorem zwyczajnie padają na twarz. Odbierając młode z przedszkola nie myślą o sztuce i kulturze, lecz o tym, że przed nimi zajęcia dodatkowe, zakupy, kolacja, kąpiel, i jeszcze to zaległe pranie. Jak to wszystko ogarną, to zamiast czytać dziecku o Nusi, Pinokiu, albo żółwiu Franklinie, chętnie sami poczytaliby sobie cokolwiek (niekoniecznie poezję, czasem nie starcza czasu choćby gazetę).

Ten nieszczęsny „krąg swoich codziennych spraw”, nad którym ubolewa Hartwig potrafi człowieka docisnąć, przywalić, a czasem wręcz rozjechać. Trzeba mocnych argumentów, żeby zasiąść do czytania. Więc ludzie robią to z obowiązku: bo kompetencje, bo lepszy start...

Czy mamy siłę i przestrzeń na inne myślenie? Od czasu do czasu warto sobie – a przy okazji także dziecku – uświadomić, że „opłacalność” i „sensowność” to nie są synonimy. „Sukces” i „szczęście” to też niezupełnie to samo. Są ludzie głęboko szczęśliwi, którzy nie osiągnęli życiowego „sukcesu” w sensie rynkowym. Są zajęcia nieopłacalne, a przecież głęboko sensowne. Paradoksalnie, ich sens na tym własnie polega, że opłacalne nie są, że wyprowadzają nas poza krąg opłacalności, celowości. Należy do nich czytanie książek i – szerzej – głebokie, autentyczne uczestnictwo w kulturze. Powiecie, że sama sobie przeczę, bo przed chwilą napisałam trzeźwo, że czytanie się opłaca?

Otóż czytać można z rozmaitych powodów i nie jest bez znaczenia jaki powód nami kieruje. Podobnie zresztą, jak różnie można argumentować wartość istnienia ambitnych państwowych teatrów i muzeów, domagać od państwa dotacji na badania archeologiczne, czy, dajmy na to, protestować przeciw zamykaniu „nierentownych” wydziałów, takich jak filozofia (to się ostatnio zdarza nie tylko w Polsce). Negocjując z władzą można i należy mówić o opłacalności, modernizacji, konkurencyjności, długofalowych inwestycjach – i to wszystko będzie prawda. Jeśli zręcznie dorzucimy coś o kulturowym kapitale, kompetencjach przydatnych na rynku pracy, to może nam się nawet udać kogoś tam na górze przekonać. A jednak... coś się we mnie burzy, gdy słucham dyskusji prowadzonych w tym tonie. Nie jest mi wszystko jedno, jakie powody przywołujemy broniąc kultury, czy siadając do wieczornego czytania.

Mówiąc górnolotnie, tu chodzi o naszą duszę. Kultura to nie tylko ‘kapitał’. Czytanie dziecku do poduszki to nie tylko ‘inwestycja w lepszy start’. Warto mówić i myśleć o tych sprawach inaczej, uparcie przywołując wartości inne niż rynkowe. Takie jak wyobraźnia i empatia. Ciekawość świata i sceptycyzm wobec zastanych prawd. Tolerancja i wrażliwość na cudze potrzeby. Radość obcowania z czymś pięknym, dziwnym, tajemniczym... i bardzo ale to bardzo niepraktycznym. Przyjemność obcowania z drugim człowiekiem, który odczuwa podobnie – na przykład z rodzicem, który właśnie czyta nam do poduszki cudnie ilustrowaną bajkę o kraciastym słoniu.

Amerykańska filozofka Martha Nussbaum w głośnej książce „Not For Profit” (Nie dla zysku, czyli dlaczego demokracja potrzebuje humanistyki) – twierdzi, że wyobraźnia, empatia, sceptycyzm to cechy niezbędne dla przetrwania demokracji. I nie chodzi o budowanie „kapitału” i wzmacnianie „kompetencji”, lecz o człowieczeństwo. Aby demokracja przetrwała, ludzie muszą być otwarci na cudze doświadczenie, na tradycje życie inne niż ich własna.

Chodzi o obywatelstwo, rozumiane nie jako paszport, ale jako zestaw cech i postaw koniecznych do uczestnictwa w demokratycznym społeczeństwie. Człowiek, obywatel, otwartość, tolerancja... niemodne to słowa. A jednak bez nich zginiemy. Myślałam o tym 11 listopada, obserwując w telewizji, jak wyznawcy nieco innych wartości demolują Rondo Waszyngtona.

Obiecałam, że na końcu podpowiem, co warto czytać dziecku. Rewelacyjnych książek dla maluchów jest teraz cała masa, kłopot jest raczej taki, że jest też sporo kiepskich i banalnych. Trzeba z tej masy coś wybrać.

I drugi kłopot: książki są drogie. Tu przydaje się argument o „kapitale kulturowym” oraz „inwestycji”, a także karta do publicznej biblioteki.

Oto bardzo subiektywna i najzupełniej niesponsorowana lista dziesięciu świetnych książek dla dzieci w wieku 4-7 lat. Wszystkie są ciekawe literacko. Wszystkie mają świetne ilustracje, a kilka ma zachwycające (Keret, Nordquist, Taback, Tullet, Sendak). Część z nich to po prostu mądra dziecięca klasyka – dawna (Kolberg) lub współczesna (Sendak, Seuss). Niektóre całkiem świadomie edukują ku tolerancji i równości - a robią to mądrze, bez dydaktyki (Crowther, Kwaśniewski z Bedyńską, Piotrowska). Sprawią wam autentyczną frajdę, rozśmieszą, zdziwią, wzruszą, zachwycą. Zainspirują dziecko do zadawania pytań i wyrażania własnych opinii. A przy okazji... wzmocnią polską demokrację.

Skąd taki wybór? Z podłogi.
Zgarnęłam je z pokoju Stasia – leżały na stosie książek czytanych „teraz” – nie odkładamy ich na półkę, bo i tak zaraz do nich wrócimy:

- Kathy Crowther, “Mój Przyjaciel Szymon”, przekład Klementyny Suchanow, ilustracje autorki, EneDueRabe 2010.

- Etgar Keret, “Tata ucieka z cyrkiem”, ilustracje Rutu Modan, Nisza 2011.

- “Aż tu nagle… Bajki ze zbiorów Oskara Kolberga.” Wybór i opracowanie Elżbieta Millerowa, ilustarcje Tomasz Pląskowski, Instytut im. Oskara Kolberga oraz Instytut Muzyki i Tańca 2014.

- Tomasz Kwaśniewski, Anna Bedyńska, “Jedno oko na Maroko”, Czarna Owieczka 2013.

- Sven Nordquist “Gdzie jest moja siostra?”, EneDueRabe 2011.

- Eliza Piotrowska, “My ludzie”, ilustracje autorki, Czarna Owieczka 2014.

- Maurice Sendak, “Tam, gdzie żyją dzikie stwory”, ilustracje autora, przekład Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2014.

- Dr. Seuss, „Kot Prot”, ilustracje autora, przekład Stanisław Barańczak, Media Rodzina 2003.

- Simms Taback, “Płaszcz Józefa”, ilustracje autora, wersja polska Dorota Harwitch, Magdalena van der Kroft , Format 2009.

- Hervé Tullet, "A gdzie tytuł?" ilustracje autora, Wydawnictwo Babaryba 2013

P.S. To nie jest ranking. Książki wymieniłam w porządku alfabetycznym, wszystkie są moim zdaniem rewelacyjne. Poza tym nie cierpię rankingów i wyścigów. I naprawdę nie o to chodzi w czytaniu dziecku do poduszki.
Trwa ładowanie komentarzy...